2011-08-02 07:57:55
Dzień po urodzinach
27 moja ulubiona liczba. Lubię mieć zaczęty 27-my rok życia. Dzień urodzin był tragiczny, nie wiem dlaczego, ale czułam "ciężar całego świata" było mi strasznie. Jedyne na co miałam ochotę, to uciec gdzieś. Bilans? mucha utopiona w szmapanie, krzyż żeliwny, który mnie zaatakował, wstręt do wódki - mojej ulubionej orzechowej - generalnie jakieś totalne nieporozumienie. Dzisiaj kolejny etap walki o bilet dla muodej. A za tydzień marzenie mojego życia się spełni... Będę na koncercie Ozzy'ego Osbourna :) A teraz trzymać ksiuki, co bym te wejściówki otrzymała.
skomentuj (1)
2011-07-28 08:32:23
Nowości w blogach
Pisać nie piszę, bo za duzo się dzieje i w sumie nie nadążam. Dodaję nowe dwa blogi i zapraszam do lektury. Szczerze mówiąc po przeczytaniu treści owych publikaji. Pięć razy zastanowię się co piszę i jak piszę. Przeproszę się ze słownikiem i lewym Alt-em. Bo generalnie czasami nie róznię się za bardzo od AŁtorek blogasków analizowanych i krytykowanych przez aUtorki
Przyczajonej logiki i ukrytego słownika, oraz
Niezatapialnej Armady Kolonasa Waazona . Czytajcie i płaczcie nad głupota ludzką, łapcie się za brzuchy ze śmiechu przy trafnych, ociekających jadem komentarzach.
skomentuj (0)
2011-03-02 21:40:23
---
Wena mnie nie opuszcza, chyba na parwdę nie mam za bardzo jak się wygadać, żeby mi ulżyło do końca. Walczyłam z moim synem dwie godziny, żeby zasnął w końcu. Udało się, trzeba było użyć rożka i zawinąć dziecko jak mumię - podziałało tym razem. Sztuczek jak uspokoić dziecko znam co raz więcej. PPrzede wszystkim jedna - dystans i mało uczuć kiedy się usypia dziecko - stres pospiech i zdenerwowanie spowoduje, że nie uśpi się dziecka. U nas to działa a i owszem od dwóch dni jakoś jest lepiej. Zaraz kładę się spać - trzeba kożystać z tego, że młode nie wiszczy i nie płacze.
skomentuj (0)
2011-03-02 13:20:02
Szpital - ale i pozytywy :)
Plany, plany, i jeszcze raz plany i kupa! Leżymy w szpitalu już kolejny dzień 5-ty i jeszcze nam 5 zostało tak się cieszyłam, że młodego żadne choróbsko nie tknęło pomomo naszego wątpliwego stanu zdrowia... no i przyszła kryska na matyska mały ma zapalenie płuc... a do tego, żeby było ciekawiej doszedł nam rotavirus, którego pierwsze najgorsze objawy mamy za sobą. Dwa pierwsze dni tego cholernego rotavirusa, to była udręka dla małego. Bolący brzuszek jak nie wiem co a dla mnie by ł to horror, bo nie wiedziałam co zrobić by brzdącowi pomóc! Kiedy przyszedł lekarz, co by nas powiadomić o "radosnym" wirusie myślałam, że tylko mnie to spotkało, ale nie ma to jak być zapatrzonym w siebie. Kiedy wyszłam w końcu na oddział okazało się, że wszystkie dzieci są chore, a nie tylko moje... Ufff jestem wredna, ale przynajmniej nie ja sama się pierdolę z tym wszystkim. Ale z drugiej strony mamy szczęście w nieszczęściu. Ciekawe panie peielęgniarki, a szczególnie jedna, przedstawiła nam pozytywy tego spędzenia czasu w szpitalu. Młody oduczy się spania ze mną w łóżku, a my z Tygrysem odzyskamy łóżko dla siebie, i będzie tak, jak być powinno - on w swoim łóżku - a my u siebie. I w końcu ten mały żółty śliczny mebelek nie będzie nam zagracał mieszkania :). Po za tym nauczyłam się paru ciekawych rzeczy tutaj, które na pewno przydadzą mi się w przyszłości - generalnie jie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Żałuje, że maleństwo jest chore, wolałabym być w domu w ciszy spokoju i niższej temperaturze - tu na oddziale jest generalnie sauna :/. Ale pobyt tutaj jest pouczający.
skomentuj (0)
2011-02-24 11:28:40
Słodka udręka
11.02.2011 o godzinie 0:55 naświecie pojawił się Natan. Jego przyjście na świat nie miało nic wspólnego z wymarzonym porodem rodzinnym - generalnie nie rodziliśmy Natana razem z Bartkiem. Wszystko poszło nie tak jak marzyłam. Nie obyło się bez cesarki, wykonywanej na alercie - stan przed rzucawkowy w trakcie - dość spore zagrożenie dla mnie i dla małego. Ogólnie szybka akcja wywożenia mnie na stół operacyjny w celu wyciągnięcia młodego ze mnie. I tak w atmosefrze lekkiej paniki nasze tygrysiątko przyszło na świat. Poleżeliśmy w szpitalu tyle ile trzeba było, 14 lutego wypuszczono nas ze szpiatala, i niestety trauma się wcale nie skończyła. Przygnębienie poporodowe natychmiast dało o sobie znać. Straszne czarne myśli o odpowiedzialności i barku przygotowania na resztę zycia z dzieckiem. Straszliwe obwinianie się o brak pomyślunku te 9 miesięcy temu i tak dalej i tak dalej. Świeżo upieczona mama w czarnej rozpaczy. Do tego wszystkiego doszła choroba, z którą się generalnie zmagamy z Tygrysem, na szczęście małego jeszcze nic nie tknęło, bo wtedy dopiero byłby hardcore. Jak w tym wszystkim odnajduje się tata Tygrys? Hmmm nie wiem moje oczekiwania a rzeczywistość się mija i to bardzo... Mieliśmy już pierwsze kłotnie za sobą... Dziecko powoduje, że człowiek na prawdę pewne rzeczy dostrzega i zaczyna się wkurwiać. No cóż mam jeszcze wiarę, że to się jakoś zmieni, że się ogarnie, przyjście małego człwieka na świat jest wstrząsem nie tylko dla mnie ale i dla jego ojca. Jutro mija drugi tydzień kiedy nasze dziecko jest na świecie. Uczymy się, ja się czuję jak by po mnie czołg przejechał, jestem strasznie zmęczona, mały nie jest aniołem - śpi tylko przy włączonej suszarce i w nocy kiedy jest wtulony we mnie. I tak nam czas mija bardzo leniwie w domu, bo za zimno jest na to, żeby dziecko wziąć na spacer. Ale może w sobotę wyjdziemy z domu i pójdziemy do mojego mamuta na obiad to trochę nas odstresuje, zmienimy chociaż na chwilkę otoczenie naładujemy baterie. Macierzyństwo to nie cud, to słodka udręka, tak to można nazwać. I jak ktoś ma inne zdanie to niech mnie w tyłek pocałuje.
skomentuj (1)